5/08/2017

DLACZEGO NIE INWESTUJĘ W AZJATYCKĄ PIELĘGNACJĘ?

Już od kilku sezonów króluje pielęgnacja azjatycka. Trzeba przyznać, że pojawiło się na naszym rynku coraz więcej kosmetyków, a zainteresowanie nimi nie ma końca. Był taki moment, że i mnie zaciekawił ten trend. Sięgnęłam po kilka produktów, ale... Nie przepadłam na tyle, by brnąć w to na całego. Owszem, przyznaję iż Azjatki posiadają piękną cerę i dobrze o nią dbają. Nie neguję ich strategii, ani kosmetyków. Jest jednak kilka "ale" , które sprawiają, że nie ciągnie mnie do produktów z tej strefy naszego globu. 




Nie mam zaufania do składów! 

Na kosmetykach obowiązuje skład INCI. Jest on w języku angielskim, tłumaczony na polski, czasem pojawiają się łacińskie nazwy. Jeśli nie znam jakiejś konkretnej substancji jestem w stanie sprawdzić ją w sieci. Służą do tego liczne strony, a nawet aplikacje. Niestety bardzo często, a nawet w większości azjatyckich kosmetyków skład jest w języku, którego nie znam i nie jestem w stanie poznać, a tym bardziej sprawdzić. Jak więc mam zaznajomić się z tym, co znajduje się w owym preparacie? 

No dobrze, powiecie teraz, że często dystrybutorzy nadają naklejkę w tłumaczeniu języka ze wskazaniami producenta oraz składem. I macie rację. Pytanie tylko, na ile dystrybutor zna język, w którym posługuje się producent i przekazuje nam prawdę? Teraz powinniście zrozumieć moje wątpliwości. Jeśli nie wiem w 100% co znajduje się w produkcie to raczej go nie kupuję! 

Jakość składów, a realia!

Był taki moment, gdy bardzo popularna stała się pielęgnacja naturalna, kosmetyki bio, organiczne itp. Tak wiele mówiło się o kontrowersyjnych składnikach typu parabeny, SLS, ftalany, oleje mineralne i cała reszta. Wielu zwolenników azjatyckich kosmetyków nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, co w składach tych produktów jest i jak wiele chemii. Wiemy, że Azjatki są piękne, co stosują i to im pomaga, nagminnie sięgają po dziwne substancje, ale czy zwracamy uwagę, co oprócz nich znajduje się w tych specyfikach? Oczywiście, że nie! Zauważcie, że w większości nie są to naturalne składy, a pełne chemii!!! 

Ja nie jestem fanką naturalnej pielęgnacji. Nie mam też nic przeciwko chemii. Ale jeśli mam sięgać po kosmetyki już tego typu to wolę kupić takie, których skład znam i rozumiem. Wiem, co to za chemia i wiem, jaki może mieć ona potencjalny wpływ na moją skórę i zdrowie. 

Czy wspieram lokalny rynek? 

Jeśli śledzicie mnie od jakiegoś czasu to doskonale też wiecie, że lubię sięgać po polskie kosmetyki, jak i zagraniczne. Dlaczego więc nie kupuję tych azjatyckich. Bo uważam, że są drogie, a nie wiem w 100% co mają w składzie. Być może gdybym była pewna w co inwestuję pieniądze to pewnie bym kupowała preparaty z Azji. A skoro nie mam tej pewności, to po co mam je kupować? Jeśli już chcę wydać więcej gotówki to wolę wydać ją na "pewniaka". 

Testy na zwierzętach! 

Azja to kontynent, na którym testuje się na zwierzętach. Ja jestem temu totalnie przeciwna. Warto wspomnieć, że kosmetyki produkowane w UE lub też sprowadzane do krajów UE nie mogą być testowane na zwierzętach. Takie zostało wprowadzone prawo. Ja jednak nie jestem ufna w tej kwestii. Jeśli wiem, że kosmetyk powstał w naszej strefie czasowej i mam taką informację na opakowaniu, mam też większą pewność co do jego produkcji i testów. Owszem, zdarzało mi się kupić kosmetyk, który został sprowadzony do Polski przez dystrybutora, a stworzono go np. w Korei i mimo wszystko nadal nie byłam ufna. Nigdy natomiast nie posunęłam się do zakupu jakiegokolwiek preparatu bezpośrednio z Azji, za pośrednictwem netu ( amazon, ebay) od sprzedawcy, którego nie znam i tym bardziej nie wiem, z jakiego źródła on posiada dany kosmetyk. Oj nie! Zdaję sobie sprawę z tego, że nawet europejskie marki mogą testować na zwierzętach, jeśli wprowadzają produkt do kraju, który wymaga wykonania takich badań. Polska jednak do nich nie należy, tym bardziej Europa. Jeśli dystrybutor decyduje się na sprowadzenie kosmetyków do Polski, wie co mu grozi, jeśli dany produkt był testowany na zwierzętach. Czy takie ryzyko się opłaca? 

zdj. grafika Google

To nie jest tak, że jestem absolutnie przeciwna. Uważam, że każdy ma wybór i sam decyduje o tym, co chce kupić i jakie kosmetyki używać. Jeśli widzicie, że takie preparaty Wam służą to dlaczego nie?! Przyznam się Wam, że ja nigdy nie szłam za trendem kosmetycznym. Nie wpadłam w szał eco, ani szał azjatycki. Wypróbowałam, przetestowałam i nie oszalałam. Wiele polskich marek, a nawet zagranicznych ( nie azjatyckich ) korzysta z tych samych substancji aktywnych, które pojawiają się w specyfikach z Azji. Tu jednak wiem, co jest w składzie i gdzie zostały one wyprodukowane. Wiem, na co przeznaczam moje pieniądze i jest to tylko moja decyzja. Podoba mi się podejście Azjatek do kompleksowej pielęgnacji. Z wielu wskazówek korzystam, ale przy użyciu sprawdzonych marek europejskich, amerykańskich czy naszych rodzimych. Nie neguję Waszych decyzji, ale pamiętajcie, że piękna skóra to zdrowa skóra. Bądźcie świadomymi klientkami !!!! 

XOXO

22 komentarze:

  1. Bardzo dobry post! Ja też boję się kosmetyków z Azji, z tego co wiem to w niektórych krajach, takich jak Chiny - nie ma obowiązku podawania pełnego składu. Nie jestem tego pewna, przeczytałam to na jakimś blogu albo słyszałam u jakiejś kosmetycznej youtuberki ale jakoś mnie to nie dziwi. Nawet tej czarnej maski już nie kupuję, tylko robię sobie sama. Natomiast azjatycki system pielęgnacyjny jest bardzo dobry! Zanim to stało się takie popularne oczywistym dla mnie było, że podstawą jest oczyszczanie! Pozdrawiam!^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się! Ja też uważam, że azjatycki system pielęgnacji, kroki które się wykonuje są super! Sama je stosuję, używając kosmetyków dostępnych na naszym rynku.

      Usuń
  2. Napisalas w jedynym miejscu :"Azja to kraj [...]". Na pewno chcialas napisac kontynent, a przez przypadek wyszedl spory blad

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za uwagę! Już poprawiłam :*

      Usuń
  3. Testowanie na zwierzętach najbardziej odrzuca. Też jakoś nie szaleję na punkcie naturalnych czy tych właśnie azjatyckich kosmetyków.

    OdpowiedzUsuń
  4. Mimo, że kosmetyki azjatyckie porządnie zatrzęsły blogosferą mnie również do nich nie ciągnie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Piszesz kosmetyki azjatyckie, a cały post, bardzo słaby i nierzetelny, dotyczy Chin.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fanka kosmetyków azjatyckich? Jakich Chin? Ja nie wypowiadam się na temat chińskich kosmetyków tylko azjatyckich! Nie podaję marek, więc Twoje podejście nie ma poparcia. Piszesz, że mój post jest nierzetelny, a w stosunku do czego powinien być rzetelny? Czy to jakaś recenzja? Nie! Ja tylko wypowiadam moje zdanie na ten temat, a Ty możesz mieć inne. Zamiast mnie oceniać, sama się wypowiedz. Twój komentarz jest bardzo słaby!

      Usuń
  6. Matko trochę dystansu do siebie, masz ogromny problem ze zniesieniem krytyki. A to, że E. Lauder i L Oreal testuje to ci jakoś nie przeszkadza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dystans do siebie to ja mam ogromny. Problemu z krytyka nie mam żadnego, bo gdyby tak było to bym usunęła Twój komentarz, a ja na niego odpisałam. Ton Twoich wypowiedzi wskazuje na to, że to Ty się oburzasz. Po pierwsze moim postem i moją wypowiedzią. Każdy ma prawo do swojego zdania. Oceniłaś mnie jako osobę nierzetelną, a nie podałaś powodu dlaczego. Po drugie widzę, jednak że masz problem ze zrozumieniem mojego tekstu i zadajesz mi pytanie, na które odpowiedziałam w poście. Radzę uważnie przeczytać. A na przyszłość, jeśli chcesz coś krytykować to wysuń argumenty i poprzyj je wiedzą, zamiast oceniać w jednym słowie. Wtedy taka krytyka będzie coś warta i będzie można wyciągnąć z niej wnioski.

      Usuń
  7. Myśle że głos powyżej ma trochę racji :) wrzucasz całą azję do jednego worka, choć nawet Chiny produkują kosmetyki doskonałej jakości i opisane w zrozumiałych językach, niech przykładem będzie Chiński (TAJWAN) O'right żadna marka nie ma takiego ecko i naturalnego podejścia na całym świecie nie znalazłem przynajmniej takiej. Japońskie kosmetyki (to też azja) kupowane są na całym świecie i cenione. Żeby nie było sam jestem fanem kosmetyki skandynawskiej i powinno mnie cieszyć co tu piszesz, ale w wielu kwestiach nie mogę się z tobą zgodzić - niestety.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Michał, ja nie twierdzę, że wszystko jest złe tylko, że nie mam zaufania do większości kosmetyków azjatyckich. Oczywiście, że jest wiele fantastycznych marek i godnych polecenia produktów. W każdej marce znajdą się też genialne preparaty, jak i buble. Nawet w naszych europejskich. Ja po prostu nie ufam składom, ktorych nie rozumiem i nie jestem w stanie zrozumieć. Nie kupuję kosmetyków, które nie wiem, czy były testowane na zwierzętach czy też nie. Nie sprowadzam produktów z Azji przez ebay lub amazon. Napisałam, że nie jestem przeciwna temu, że ktoś inwestuje w tego typu pielęgnację. Stwierdzam tylko, że nie przepadłam i nie czuję całego boom na azjatyckie kosmetyki, bo odnajduję się bardziej w europejskich czy amerykańskich.

      Usuń
    2. o :) widzisz właśnie chyba tego tam brakło że chodzi o te sprowadzane na własną rękę :) bo te legalnie wprowadzone na nasz rynek muszą spełniać europejskie standardy.

      Osobiście polubiłem się z azjatyckimi kosmetykami i niektórymi koncepcjami, ale nie kupię wszystkiego :) może nie ze strachu ale z rozwagi. Ale wiem też że wiele azjatyckich kosmetyków jest doskonałe i zasługują na uwagę :) choćby wspomniany wcześniej o'right :)

      Usuń
  8. To troszkę tak i moje spojrzenie widzę ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja po analizie składu azjatyckich kremów BB się przeraziłam bo zawsze uważałam że mają to być "zdrowe" produkty, a one w większości mają tak chemiczne składy że strach je nakładać. Znalazłam jednak perełki czyli maski w płachcie, te sprawdzają mi się rewelacyjnie :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie! Ja też przeczytałam kilka takich składów i okazało się, że nie są dla mnie. A jeśli chodzi o maski w płacie to zdecydowanie bardziej wolę maski biocelulozowe. Przy moim typie cery sprawdzają się idealnie ;)

      Usuń
  10. Pomijając już kwestię testowania kosmetyków na zwierzętach, bo jest to temat mocno sporny, chociażby ze względu na to że wiele koncernów deklaruje, że ich kosmetyki nie są testowane na zwierzętach, ale nie wspomina nic o substratach, z których powstały, a niestety te często są testowane na zwierzętach.

    Kilkukrotnie używałam różnych kosmetyków azjatyckich, niestety nie wiele z nich spełniło moje oczekiwania, większość przyczyniła się do pogorszenia stanu mojej skóry. To główny powód przez który nie sięgam po te produkty. Sama idea pielęgnacji z tamtych rejonów jest naprawdę godna uwagi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też miałam takie przypadki. Jeszcze nie trafiłam na bardzo dobry kosmetyk i szczerze mówiąc nie mam ochoty nadal szukać, co nie wyklucza faktu, że może kiedyś na taki trafię i moja opinia się zmieni. A co do idei pielęgnacji to masz 100% rację :)

      Usuń
  11. Kwestia testów na zwierzętach jest bardziej skomplikowana. Większość koncernów, ale również polskich firm, które wprowadzają swoje produkty na rynek chiński (bo tylko tam testy są wymagane) bądź nie sprawdzają dostawców składników, nie jest uważanych za marki cruelty free.
    W wielu krajach Azji testowanie na zwierzętach jest zakazane. Natomiast chyba nigdzie nie ma zakazu sprzedaży kosmetyków, które testowane były gdzie indziej. Kupując kosmetyki w Polsce, nawet naszych rodzimych marek, najprawdopodobniej również wspieramy ten proceder. Znacznie lepiej kierować się listami marek cruelty free niż pochodzeniem danego kosmetyku.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2017 COCO COLLECTION