piątek, 19 września 2014

FOOD BOOK 10, czyli jak się żywi Coco!

Dziś przed Wami mój przykładowy jadłospis. Część z Was bardzo lubi tego typu posty, więc raz na jakiś czas będę je wrzucać na bloga. Może coś ode mnie zgapicie? A może coś przypadnie Wam do gustu? Pamiętajcie o poprawce na to, że nie jestem na żadnej diecie. Po ostatnich badaniach wiem, że mam wystarczającą ilość witamin w organizmie i nie cierpię na nadmiar złego cholesterolu itp. Moja waga nie skacze, a raczej jest w stałym poziomie. Wiem też co mi służy i czego muszę się wystrzegać. Czasem pozwalam sobie na coś słodkiego, lecz staram się nie przesadzać. A tak z innej beczki, jedliście już śniadanie, bo może polecić Wam ślinka ;)

 
Zacznijmy od śniadania. Staram się ograniczać białe pieczywo, ale bywa i tak, że najdzie mnie na świeżą i jeszcze ciepłą bułeczkę. Tu widzicie jajecznicę z pieczarkami i szynką. Do tego połówka bułki z salami i ogórkiem. No i oczywiście zielona herbata.
 
 
Na drugie śniadanie szybka przekąska z melona, brzoskwini, żurawiny, pestek dyni i płatków kokosa.
Nie może zabraknąć również herbatki malinowej.
 
 
Na obiad przygotowałam sałatkę z ziemniaków, tuńczyka, zielonych oliwek, kukurydzy, pomidorków i świeżej bazylii. Całość skropiona cytryną oraz oliwą z oliwek. Do tego sok z grejpfruta.
 
 
Kolacja to już duży kawałek neapolitańskiego casatiello. Jest to coś w rodzaju zapiekanej rolady z dużą ilością parmezanu, salami, wędzonej szynki, jajka i pieprzu. Pyszne i bardzo sycące.
 
 
I jeszcze coś na wieczorną przegryzkę. Winogrona oraz brazylijskie orzechy. Tym razem bez czekolady ;)
 
Jeśli będziecie mieli ochotę na przepis na neapolitańskie casatiello to dajcie znać. Zrobię wtedy osobny post kulinarny!
Życzę Wam udanego, słonecznego weekendu.
Całusy :*
 
XOXO

czwartek, 18 września 2014

AVENE Cleanance - punktowy preparat na niedoskonałości skóry

Ostatnio mogliście poczytać o bardzo fajnym kosmetyku marki AVENE, który podbił moje serce, a pokochała go moja skóra. Dziś chcę przedstawić Wam kolejny produkt z serii Cleanance. Z niego już nie jestem aż tak zadowolona, a dlaczego o tym w dalszej części posta. Zapraszam...

 
Preparat na niedoskonałości skóry
 
Działa osuszająco. Połączenie pudru i glinki absorbuje sebum, a Laurynian glicerolu reguluje jego wydzielanie. Działa również oczyszczająco za sprawą kluczowych składników zmniejszających proliferację bakterii. Dodatkowo posiada działanie złuszczające. Zawartość BHA, o uznanych właściwościach regulujących rogowacenie naskórka, sprzyja eliminowaniu niedoskonałości skóry.
 
Skład: 
 
 
Znajdziemy tu woski mikrokrystaliczne, olej roślinny, wosk z wilczomlecza, olej jojoba, mikę, kwas salicylowy, kaolin, kwas cytrynowy, lecytynę, dwutlenek tytanu, witaminę E i troszkę chemii.
 
 
Produkt w cienkim sztyfcie, który zapewnia łatwą i szybką aplikację.
W przypadku ekspozycji na słońce należy używać odpowiedniej ochrony przeciwsłonecznej.
Produkt hipoalergiczny, nie powoduje powstawania zaskórników.
 
Waga : 0,25 g
Przydatność od otwarcia : 12 miesięcy
Dostępność: apteki
Cena: ok. 40,00 zł
 
Sposób użycia:
 
Stosujemy miejscowo dwa do trzech razy dziennie na niedoskonałości skóry. Preparat może powodować lekkie mrowienie, które jest tymczasowe i związane ze skutecznością i działaniem produktu.
 
 
Sztyft przypomina mi białą kredkę do oczu, ale oczywiście nie takie jest jego przeznaczenie ;)
Sama konsystencja produktu jest miękka, lecz dobrze zbita. Po wysunięciu i przy użyciu lubi się łamać i ma słabą przyczepności do skóry.
Posiada biały kolor, który po aplikacji na niedoskonałości staje się bezbarwny.
Zapachu nie wyczułam.
Nie ma mowy o podrażnieniu, wysuszeniu, ale też nie odczułam mrowienia, o którym wspomina producent.
Stosowałam sztyft na wypryski, zarówno te małe jak i bolące grudki. Jedyne co zauważyłam to zmniejszenie zaczerwienienia. O walce z niedoskonałościami nie było mowy!
Poza wymienionym plusem ten produkt nie robił u mnie nic, a spodziewałam się wiele. Nie niwelował wyprysków, nie zmniejszał ich, nie wysuszał. Nawet przy kilkakrotnym stosowaniu go w ciągu dnia!!!
Ja się pytam dlaczego? Dlaczego pozostałe kosmetyki z serii Cleanance tak dobrze się u mnie sprawdzają, a ten produkt tak mnie rozczarował?
Nie mogę polecić Wam sztyftu, ale kto wie, może u Was lepiej on zadziała niż u mnie.
Cena wysoka, wydajność słaba, konsystencja na nie i jeszcze zero działania.
Mam nadzieję, że AVENE udoskonali kiedyś ten sztyft. No cóż, poczekamy zobaczymy ;)
 
XOXO 

wtorek, 16 września 2014

Moja aktualna pielęgnacja włosów!

Obiecywałam, obiecywałam i jest! Wiem, że część z Was czeka na ten post, dlatego też wzięłam się w k...ę i przygotowałam go dla Was ;) Na początek muszę wspomnieć o tym, co przeszły moje włosy. Ci, którzy śledzą blog na facebook'u czy instagramie wiedzą, iż zmieniłam ich kolor z czarnych na czekoladowy brąz. Oczywiście nie zrobiłam tego sama, bo ściąganie koloru nie jest zabawą dla amatora. Pomogła mi moja zaprzyjaźniona fryzjerka, która jest profesjonalistką w swoim fachu. Musiałam również obciąć z długości i liczyłam się z konsekwencjami mojego czynu. Po kilku miesiącach mogę stwierdzić, że nie było tak źle. Moje włosy nie ucierpiały aż tak bardzo, ale... No właśnie ALE! Od kilku lat zmagam się z ogromnym problemem. Moje włosy strasznie wypadają, a ich ilość po umyciu głowy przeraża nie tylko mnie, ale nawet mojego M. Próbowałam różnych specyfików i nic nie pomagało. Postanowiłam zrobić badania i przekonać się co jest nie tak. Witaminy, hormony i cała reszta wyszła dobrze. Wyniki w normie, więc to nie to. Udałam się do dermatologa, który przebadał moją skórę głowy i również stwierdził, że wszystko ok. Pozostało tylko jedno - genetyka. Mojej babci bardzo wypadają włosy, mojej mamie też, a już nie wspomnę o siostrze. Trzeba się z tym pogodzić i żyć dalej. Nie mniej jednak zmieniłam pielęgnację i o niej będzie dzisiejszy post...

 
Z czasem zauważyłam co lubią moje włosy, a czego nie. Co im sprzyja, a co pogarsza ich stan. Nie muszę stosować suplementów, bo witaminy mam w normie i wystarczy mi odpowiednia dieta. Jednak raz na jakiś czas trycholog zalecił mi stosowanie kuracji, która wspomoże moje włosy. Powróciłam również do kosmetyków profesjonalnych, fryzjerskich. Niestety nadal szukam dobrych produktów przeciw wypadaniu włosów, ale o tym za chwilę. Zacznijmy od podstaw, czyli od szamponu i odżywki.
 
 
Przetestowałam ogromną ilość profesjonalnych szamponów i odżywek. Byłam nawet skłonna przyznać plakietkę ulubionych. Co się jednak okazało wszystkie, które do tej pory stosowałam nie mogą się równać z powyższymi ( widocznymi na zdjęciu ) wspomagaczami.
Szampon i odżywkę MATRIX z serii BIOLAGE poleciła mi pani pracująca w hurtowni. Dostałam od niej próbki i był wielki SZOK. Moje włosy nigdy wcześniej nie były tak lekkie, gładkie i miękkie w dotyku. Zainwestowałam w duże litrowe butelki i z ręką na sercu będę stosować te produkty do czasu kiedy moje włosy powiedzą dość ( mam nadzieję, że do tego nie dojdzie ).
Seria BIOLAGE z keratyną nie zawiera parabenów i jest przeznaczona do włosów osłabionych zabiegami chemicznymi i czynnikami zewnętrznymi. Dodatkowo wzbogacona ekstraktem z jedwabiu. Ma za zadanie nawilżyć i odbudować nasze włosy. Nie obciąża, ładnie pachnie i ma fajną lekką konsystencję. Jak dla mnie bomba ;)
 
 
Przez wiele lat stosowałam maski BIOVAX. Wypróbowałam ich wszystkie możliwe rodzaje. Znalazłam wśród nich również te ulubione. Jednak odkąd używam serii BIOLAGE moje włosy już ich nie potrzebują. Postanowiłam zrobić sobie przerwę, lecz będąc na wakacjach we Włoszech znalazłam ciekawy produkt. Maskę do włosów na bazie aloesu, którą użyłam już kilka razy i jeszcze nie będę do końca się o niej wypowiadać. Myślę, że na ten temat powstanie osobny post.
Kolejna sprawa to olejki. Jestem ich wielką zwolenniczką i z tego co zauważyłam najlepiej sprawdza się w moim przypadku czysty olej arganowy. Kupuję go na targach kosmetycznych, przelewam do buteleczki z pompką i wykonuję olejowanie włosów raz na dwa tygodnie. Czasem, gdy mam ochotę na gładkiego kucyka sięgam po MYTHIC OIL.
 
 
Na początku posta wspomniałam Wam o kuracjach. Raz na jakiś czas sięgam po środki przeciw wypadaniu włosów, ale jak do tej pory nie znalazłam jeszcze takich, które dadzą rewelacyjne rezultaty. W ostatnim czasie stosowałam kurację RADICAL med w tym szampon oraz odżywkę w spray'u. Nie było po nich żadnej poprawy, a włosy jak wypadały tak wypadają. Cena może ok, zapach również, ale więcej ich nie kupię.
Jest również coś, co poleciła mi kiedyś mama, później siostra, aż nawet dermatolog. Mowa oczywiście o tabletkach BIOTEBAL w największej dawce. Trzeba jest stosować przez minimum 3 miesiące, a rezultaty widoczne są po pół roku. Czy się sprawdzają? To nie pierwszy raz kiedy po nie sięgam. Według mnie działają najlepiej i nie mają sobie mocnych. Każda przeprowadzona przeze mnie kuracja przy pomocy tego środka daje zawsze rezultaty. Włosy nadal mi wypadają, ale już nie garściami. Do tego są mocne, nie łamią się i często obserwuję wyrastanie małych, nowych włosów zwłaszcza przy czole. Ten efekt utrzymuje się u mnie przez rok. Później znów wszystko wraca do normy i znów muszę sięgać po BIOTEBAL.
 
 
A skoro jesteśmy przy kuracjach muszę wspomnieć o środku, który przepisuje lekarz na receptę. Jest to 5% LOXON. Dostałam go również i ja, ale nie byłam w stanie go używać. Po pierwsze okropnie sklejał mi włosy. Trzeba było myc głowę codziennie, a ja nie mam na to czasu i ochoty. Po drugie ma fatalne opakowanie. A po trzecie, gdy tylko przestajemy go aplikować w szybki tempie wypadanie włosów wraca do normy. Jak dla mnie NIE!
I jeszcze SEBORADIN. Dwa produkty, które otrzymałam na spotkaniu blogerskim i które czekają na swoją kolej. Jestem ciekawa, czy się sprawdzą, bo podobno szampon zbiera pozytywne opinie. Potestuję i opiszę Wam za jakiś czas moje spostrzeżenia.
 
***
 
Na koniec muszę dodać kilka szczegółów. Staram się jak najmniej używać suszarki, a jeśli już to robię to tylko w celu wyprostowania włosów na szczotkę. Odstawiłam suche szampony, nie stosuję pianek czy żeli do stylizacji włosów, a jedynym złem jest w moim przypadku lakier, którym utrwalam kucyka czy koczka. Nawiązując do szczotek - mam dwa Tangle Teezer'y, lecz nie uważam że są to jakieś specjalnie rewelacyjne akcesoria. Owszem, nie ciągną włosów przy rozczesywaniu, choć w tej kwestii podobnie sprawdza się bambusowy grzebień z The Body Shop.
 
I to będzie tyle! Myślę o zabiegu mezoterapii igłowej. Dajcie znać czy korzystaliście z niej, a jeśli tak to jakie są Wasze przemyślenia. Chętnie poczytam ;)
 
XOXO

poniedziałek, 15 września 2014

VENUS Multifunkcyjny Mus CC - coś na podsumowanie lata

Generalnie tego nie robię, ale ten produkt tak przypadł mi do gustu, że postanowiłam napisać o nim wcześniej. Nie minął jeszcze miesiąc odkąd otrzymałam go w prezencie wraz z zaproszeniem na event marki VENUS. Mimo wszystko pora do jego stosowania jest idealna i jeśli teraz o nim nie napiszę to kiedy? Jak będzie zimno i żadna z nas nie wskoczy już w spódniczkę czy spodenki? A z drugiej strony czas powrotów z wakacji dobiega już końca, nasza skóra nadal jest jeszcze opalona i chcemy ten efekt zatrzymać jak najdłużej. Co więc robić? Sięgać po wspomagacze takie jak ten!

 
Kilka słów od producenta:
 
Multifunkcyjny Mus CC ujednolica, tonuje i poprawia koloryt skóry. Maskuje niedoskonałości ( pajączki, przebarwienia ). Intensywnie nawilża skórę, łagodzi podrażnienia, wygładza oraz rozświetla. Idealnie dopasowuje się każdej karnacji. Nadaje skórze równomierny i naturalny odcień opalenizny bezpośrednio po nałożeniu.
Mus szybko się wchłania i nie brudzi ubrań. Daje natychmiastowy i długotrwały efekt.
 
 
Produkt znajduje się w dużej, miękkiej tubce o pojemności 200 ml.
Został przebadany dermatologicznie, a co jest również interesujące wyprodukowany w Polsce.
Na tubce znajduje się data do zużycia.
 
Cena: 14,00 zł
 
Sposób użycia:
 
Mus wmasowujemy w skórę całego ciała lub niedoskonałości. Pozostawiamy do całkowitego wchłonięcia. Po aplikacji należy umyć ręce!
 
Skład:
 
 
Znajdziemy tu glicerynę, mikę, alantoinę, lecytynę, witaminę E, związki zapachowe, barwniki. Są też silikony, regulatory pH, substancje konserwujące, antyoksydanty, emolienty itd.
 
 
Konsystencja rzeczywiście przypomina lekki mus, choć pierwsze wrażenie było szokujące, jak ciemny jest ten produkt. I wtedy wyobraziłam sobie ciemne smugi na ciele, okropne plamy na ubraniach i stanowcze NIE. Co się jednak okazało, bardzo się myliłam.
Zapach tego kosmetyku jest delikatny i przyjemny.
Jak widzicie na zdjęciu, po wyciśnięciu z tubki otrzymujemy brązową masę pełną złotych drobinek. Niech Was to nie zmyli. Nie będziecie świecić się jak choinka ;)
 

 
Podczas wsmarowywania musu drobinki jakby znikają, kolor staje się delikatniejszy i bardzo ładnie wtapia się w skórę podkreślając tym samym opaleniznę.
Nie ma mowy o plamach! Nie ma mowy o brzydkim zapachu na skórze, jak w przypadku balsamów brązujących! Nie ma również mowy o pobrudzonych ubraniach!
Produkt szybko się wchłania, a skóra jest gładka, miękka i nawilżona.
Czy maskuje? Według mnie nie! Tu potrzeba korektora, a nie takiego musu. Oczywiście im więcej go zaaplikujecie tym skóra będzie wyglądała na ciemniejszą, ale ja się pytam po co? Przecież chcemy uzyskać zdrowy, ładny koloryt i tylko podkreślić nasze piękno.
Rozświetlanie? Owszem, lecz bardzo delikatne i naturalne.
Intensywne nawilżenie? No nie za bardzo! Przy przesuszonej skórze radzę sięgać po tłustsze, bogatsze produkty przeznaczone do tego celu.  
Dodam jeszcze, że mus nie podrażnia! Nic mi po nim nie wyskoczyło na ciele ;)
Jest przyjemny w użyciu i bardzo wydajny.
Sprawdzi się idealnie wiosną, gdy zaczniemy zrzucać ciężkie ubrania i odsłaniać nasze blade ciała. Również latem będzie pięknie podkreślał naszą opaleniznę nie wspominając już o jesieni.
Według mnie jest to kosmetyk, którym warto się zainteresować.
Więcej informacji znajdziecie na stronie:
 
 
XOXO 

piątek, 12 września 2014

BEAUTY TIPS #4 : szybkie porady na awaryjne przypadki kosmetycznie i nie tylko!

Już dawno nie było na blogu Beauty Tips, czyli porad które tak chętnie czytacie. Nie martwcie się, bo Wasze ulubione cykle zaczną powracać, a wraz z nimi seria "Czy wiesz, że" oraz "Kosmetyczne Odkrycie Miesiąca". Ale nie o tym dzisiaj. Zapraszam na kolejny post o zabawnych, praktycznych, a czasem nawet przerażających poradach hahaha

 
1. Co zrobić gdy chcemy pomalować paznokcie naszym ulubionym lakierem, a niestety nie chce się on odkręcić? Dobrym sposobem jest użycie gumki recepturki! Okręcamy ją ciasno wokół zakrętki i odkręcamy lakier jak gdyby nigdy nic :)
 
2. Woda utleniona na wągry? Tak słyszałam, ale nie próbowałam. Podobno wystarczy przetrzeć miejsca z wągrami wacikiem nasączonym wodą utlenioną ( oczywiście po demakijażu na oczyszczoną skórę ), a efekty będą widoczne już po kilku zastosowaniach. Ktoś z Was zna ten sposób?
 
3. Chcesz zapobiegać zmarszczkom, śpij w jedwabnej pościeli na jedwabnej poduszce! Podobno materiał ten nie chłonie pozostałości kosmetyków z naszej twarzy i działa też przeciwzmarszczkowo. Dodatkowo nie gniecie się i nie będzie powodować też odgniecionych śladów na naszej twarzy.
 
4. Dobry sposób na opuchnięte powieki? Wieczorem, przed pójściem spać włóż do lodówki dwie łyżki. Rano, po przebudzeniu przyłóż zimne łyżki do oczu i poczekaj na efekt. Przyjemne chłodzenie, odświeżenie, zmniejszenie opuchlizny - to jest to.
 
5. A skoro mowa o zimnie to kolejnym dobrym trikiem będzie zastosowanie lodu. Na co? Na rozszerzone pory. Kostki lodu należy zawinąć w wacik, gazę lub chusteczkę. Następnie okładamy nimi twarz przez 2-3 minuty. Działanie niskiej temperatury wpłynie na zwężenie porów i da wrażenie gładkiej skóry.
 
6. Jak uratować nadłamany paznokieć? Wykorzystaj do tego torebkę z herbaty! Najpierw pomaluj paznokieć bezbarwnym lakierem. Następnie wytnij odrobinę większy od nadłamania kawałek z torebki po herbacie i przyłóż go do miejsca złamania. Teraz możesz zaaplikować kolejną warstwę bezbarwnego lakieru, a gdy już wyschnie pomaluj paznokcie Twoim ulubionym lakierem.
 
7. Jak optycznie powiększyć oko? Zastosuj białą lub cielistą kredkę do oczu na linii wodnej. A jak optycznie powiększyć usta? Zastosuj również białą kredkę w środkowej części górnej warki rysując delikatną linię. Następnie nałóż Twoją ulubioną pomadkę lub błyszczyk i efekt gotowy. Możesz także zastosować odrobinę rozświetlacza w tym samym miejscu, który da podobny rezultat.
 
8. Lubisz owoce? Podobno truskawki czy banany mogą wybielić nam zęby! Wystarczy, że po zjedzeniu banana nie wyrzucisz skórki tylko jej wewnętrzną stroną będziesz pocierać zęby przez jakieś 2 minuty. Tak też możesz wykorzystać truskawkę! Kto próbował i wie, że to działa ręka do góry :)
 
Kochani, życzę Wam udanego weekendu i do kolejnego spotkania już w poniedziałek!
Dajcie znać, czy próbowaliście któryś z wyżej wymienionych trików?
A może znacie jakieś inne dobre, sprawdzone porady?
 
XOXO

czwartek, 11 września 2014

EOS hand lotion, czyli o dwóch takich do rąk!

Pamiętam gdy pierwszy raz zobaczyłam na amerykańskim You Tube jajeczka EOS, czyli słynne naturalne balsamy do ust. Oszalałam, bo jestem straszną gadżeciarą! Musiałam je mieć i zamówiłam w necie moje pierwsze jajeczko. Później wypatrzyłam też balsamy do rąk, choć ze zdobyciem owych nie było już tak łatwo. Dopiero gdy w sklepie MintiShop pojawiły się w asortymencie bez wahania zamówiłam dwa. I tak dziś będziecie mogli poczytać moją opinię na temat EOS hand lotion. Gotowi?

 
EOS Hand Lotion to krem do rąk w 96% składający się z naturalnych składników: masła Shea, ekstraktów z owsa, aloesu i wielu innych. Łatwo się wchłania i przyjemnie pachnie. Zapewnia 24 h nawilżenie. Poręczne opakowanie zmieści się do każdej torebki. Nie zawiera parabenów.
 
Jak widzicie na zdjęciu przetestowałam dwa kremiki : Berry blossom oraz Cucumber.
 
 
Zacznijmy więc od pierwszego EOS'a.
Po pierwsze ma super opakowanie. Różowe, poręczne, małe, idealne do torebki i bardzo gadżeciarskie. Zawiera 44 ml produktu.
Hypoalergiczny, przetestowany dermatologicznie.
Nie testowany na zwierzętach.
 
Cena: 22.90 zł
 
Skład:
 
 
Znajdziemy tu glicerynę, kwas stearynowy, olej z soi, olej ze słonecznika, masło Shea, masło kakaowe, olej macadamia, wyciąg z aloesu, wyciąg z owsa, wyciąg z kukurydzy, związki zapachowe, dwutlenek tytanu, troszkę chemii itd.
 
 
Konsystencja jest bardzo lekka, przypomina mleczko. Bardzo delikatnie zabarwiona na różowo.
Zapach również delikatny, kwiatowy, nie utrzymuje się na dłoniach.
Dzięki swojej formule krem łatwo się rozsmarowuje i bardzo szybko wchłania.
Dłonie nie są przesuszone, a wręcz nawilżone i gładkie.
Bardzo dobrze sprawdzi się u wszystkich tych, którzy nie lubią tłustych kremów i prowadzą samochód, lub muszą szybko wyjść.
Nie podrażnia, ale też moim zdaniem jest za delikatny dla skóry bardzo przesuszonej.
 
 
Drugi kremik jest już troszkę inny, ale podobnie jak u poprzednika ma fajne opakowanie oraz taką samą pojemność.
 
Cena: 22,90 zł
 
Hypoalergiczny, przebadany dermatologicznie.
Nie testowany na zwierzętach.
 
Skład:
 
 
Identyczny jak u poprzednika, różnica tylko w związkach zapachowych.
 
 
Choć składy w obu wersjach są identyczne w tym przypadku konsystencja jest gęstsza i przypomina bardziej żel. Cudowny, delikatny zapach ogórka umila aplikację, jednak nie utrzymuje się on długo na skórze.
Nie podrażnia i chyba nawet troszkę lepiej nawilża.
Formuła kremu zapewnia komfort podczas stosowania i szybkość wchłaniania produktu.
Podobnie jak w poprzedniej wersji nie będzie on ratunkiem dla bardzo wysuszonej skóry.
 
 
Podsumowując:
 
Plusy obu kremów
fajne, gadżeciarskie opakowania
poręczne w torebce
delikatne, ciekawe zapachy
całkiem dobre składy
przyjemna formuła, zero podrażnień
zero przesuszenia, lekkie nawilżenie
nie są tłuste, szybko się wchłaniają
idealne do skóry normalnej
 
Minusy obu kremów
zbyt mała pojemność, mała wydajność
słabe nawilżenie, zero efektu 24h obiecanego przez producenta
małe opakowanie a dość wysoka cena
słaba dostępność
zapach zbyt krótko utrzymuje się na skórze
 
Oczywiście wyżej wymienione przeze mnie plusy czy minusy dla jednych będą inne, a znów znajdą się tacy, którzy się ze mną zgodzą. Szkoda, że nawilżenie jest tak delikatne, ale z drugiej strony te kremy będą idealnie sprawdzać się na lato, gdy nie potrzebujemy tak bardzo treściwych wspomagaczy. Podobnie jeśli chodzi o zapach. Jedni będą zachwalać to, że jest tak delikatny i ich nie mdli, a inni będą narzekać, że za tą cenę spodziewali się czegoś lepszego. Nie mniej jednak uważam, ze EOS wypuścił bardzo fajne gadżety, czy to w postaci kremów do rąk czy balsamów do ust. Coś dla takich gadżeciarzy jak ja. Coś dla zwolenniczek fajnych rozwiązań i ładnych opakowań.
Jeśli macie te 20,00 zł i chcecie wypróbować to czemu nie?
Ostateczną oceną pozostawiam Wam.
 
XOXO

wtorek, 9 września 2014

Paka ambasadorki LPM i kolejne produkty już przetestowane!

Może troszkę za późno, a może w sam raz. O akcji testowania marki Le Petit Marseiliais było głośno jakiś czas temu, a ja dopiero teraz wstawiam post z zawartością cudownej paczki. Po pierwsze musiałam potestować, po drugie wyjechałam do Włoch i moje blogowanie troszkę rozciągnęło się w czasie, a po trzecie mogliście już poczytać u mnie o innych kosmetykach marki. Nie mam zamiaru się dziś tłumaczyć! Chcę Wam przedstawić kolejne perełki. Tym razem dwie. Zapraszam..

 
Paczka przyszła ogromna, pięknie przygotowana, a znajdowały się w niej...
 
 
... kremowy żel pod prysznic Kwiat Pomarańczy, który nie był już dla mnie nowością, oraz mleczko nawilżające do bardzo suchej skóry. Nie mogło zabraknąć również dużej ilości próbek, które jako ambasadorka miałam rozdawać i zapraszać do testowania. Super sprawa, przy okazji bez większych zobowiązań, więc czemu nie :)
 
 
Na początek będzie o mleczku.
Marka stworzyła kompozycję, gdzie połączono trzy wyjątkowe składniki z Południa: cudowne masło Shea, które odżywia i optymalnie nawilża, niezwykły olejek arganowy, magicznie wygładzający skórę, oraz wspomagające ich działanie słodkie migdały.
Jak wspomniałam wyżej balsam przeznaczony jest do skóry bardzo suchej.
Opakowanie zawiera 250 ml produktu, przy czym ma u mnie ogromny plus za pompkę!
Przydatność do zużycia od otwarcia to okres 12 miesięcy.
Dostępny w Super - Pharm, Rossmman, Tesco czy Natura.
Cena - ok. 10,00 zł
 
Skład:
 
 
Jak widzicie mamy tu glicerynę, ciekłą parafinę, silikony, masło Shea, olej arganowy, olej ze słodkich migdałów, woski mikrokrystaliczne, parabeny, związki zapachowe itd.
Szczerze mówiąc to skład wcale jakoś specjalnie nie zachwyca, dużo w nim chemii, czas skupić się na działaniu.
 
 
Konsystencja tego kosmetyku jest lekka w formie mleczka.
Zapach słodki, mieszanka kwiatowo - owocowa. Wyczuwam lekką wanilię i migdały. Nie do końca mi on podchodzi i zdecydowanie bardziej lubię poprzednią wersję jaką posiadałam. Mimo wszystko aromat długo utrzymuje się na skórze.
Produkt szybko się wchłania i dobrze rozsmarowuje na skórze. Nie tworzy filmu, nie tworzy smug.
Po wchłonięciu czujemy nawilżenie, gładkość, miękkość skóry. Niestety według mnie ten efekt jest krótkotrwały. Przy bardzo wysuszonej skórze oczekuję silniejszego działania.
W mojej ocenie daję mu 3/5.
 
 
A teraz kremowy żel pod prysznic Kwiat Pomarańczy.
Ten kosmetyk ma delikatnie oczyszczać naszą skórę i zaspokoić jej potrzeby. Delikatna, łatwa do spłukiwania piana pielęgnuje ją kwiatowym zapachem, dzięki czemu skóra może cieszyć się harmonią - jest miękka, nawilżona i odżywiona.
Żel posiada pH neutralne dla skóry.
Testowany dermatologicznie.
Opakowanie 250 ml z 12 miesięcznym terminem przydatności.
Cena: ok. 9,00 zł
 
Skład:
 
 
I w tym przypadku mamy dużo chemii. Znajdziemy tu między innymi SLS, glicerynę, olej ze słonecznika, wyciąg z kwiatu pomarańczy, lecytynę, kwas cytrynowy, kwas cynamonowy, kwas lewulinowy, substancje powierzchniowo czynne, substancje myjące , witaminę E itd.
 
 
Konsystencja lekka, kremowa, przypomina mleczko.
Zapach kwiatowy, podobny do hydrolatu z kwiatu pomarańczy. Nie będzie on ulubieńcem wszystkich, mi jakoś specjalnie nie przeszkadzał.
Produkt nie podrażnia, dobrze się pieni i dobrze oczyszcza.
Jego aromat nie utrzymuje się długo na skórze.
Co jest ważne, to nie wysusza skóry, ale nie oznacza to, że możemy zrezygnować z użycia balsamu.
Polubiłam, ale nie pokochałam!
Daję mu 4/5
 
***
 
Wykończyłam już wszelkie produkty LPM jakie posiadałam. Jestem z nich bardzo zadowolona, zwłaszcza z żeli pod prysznic. Czekam na więcej i mam nadzieję, że marka wprowadzi też inne kosmetyki na nasz rynek. Akcja testowania była super, choć wiem, że ogromna ilość osób wzięła w niej udział. Jedni zachwalali, inni narzekali. Przez ostatnie miesiące sami mogliście wypróbować LPM i zakupić produkty w atrakcyjnych cenach.
Zapraszam Was również do lektury wcześniejszego posta, w którym opisywałam inne żele i balsam LPM:
 
 
Dajcie znać czy testowaliście, a jeśli tak to jakie perełki wpadły Wam oko, a co okazało się bublem.
 
XOXO